Już jak zobaczyłam ją (nie wiedząc, co to za dziewczę, tfu, kobieta) na gifie, jak się później okazało z momentu swagger going swell, byłam zaintrygowana. Kiedy wreszcie ją odnalazłam, po pierwszym odsłuchaniu mnie nie zachwyciło, jako że muzyka ta jest zbyt dziwna dla mnie. Ale zaintrygowana jej pochodzeniem i biografią z wojną w tle, spędziłam dłuższą chwilę, czytając o niej. Niezłe ziółko. I przy kolejnej próbie... polubiłam, do tego stopnia że nie mogę się oderwać.
Sierpień zeszłego roku. Semestr się skończył, a ja na ostatni miesiąc mojego pobytu w Niemczech zamieniłam wielki, głośny akademik na pokój na pierwszym piętrze (więc gałęzie rosnącego opodal drzewa niemal pukały mi w okna) w przeuroczej dzielnicy dostojnych domów jednorodzinnych i kilkupiętrowych, kolorowych bloków. Pisałam prace zaliczeniowe, jeździłam rowerem po polach, nałogowo oglądałam film hagiograficzny biograficzny o generale Romeo Dallaire, podczas którego musiałam co prawda raz po raz zakrywać ręką ekran, ale tak ładnie na nim mówili; żywiłam się głównie cukiniami i bakłażanami na różne sposoby; pijaliśmy piwo nad rzeką, beztrosko leżąc na trawie, a w weekendy wychodziliśmy do ulubionego, zadymionego pubu. W tamtym czasie na pewno nie zadręczałam się, jak teraz, swoim staropanieństwem. Wręcz przeciwnie - było mi ze sobą wspaniale.
Aż chce się człowiekowi zakochać. Tak na kolorowo, na serduszka, na niewinnie, na szczęśliwie. Tak, jak mogłabym się zakochać pięć lat temu, może nawet cztery, ale już nie.